Warszawa, miasto zupełnie mi obce. Właśnie sobie to uświadamiam. Jak
mogłem wcześniej tego nie dostrzec? Przecież tak wiele na to
wskazywało. Aby nie ciągnąć tej tajemniczej dramaturgii, muszę wyjaśnić,
że ani tu nie mieszkam, ani się tutaj nie urodziłem, ani co
najważniejsze nic mnie z tym miastem nie łączy. Ani praca, ani dzieci
ani nawet więzy przyjaźni, a przynajmniej tak mi się wydaje. Co prawda
miasto to nie gości mnie po raz pierwszy. Może nie jestem stałym
bywalcem jej salonów, ale znam ją choćby powierzchownie. Zawsze za to
twierdziłem, że Warszawa jest ciekawym miastem, nawet jak jeszcze znałem
ją tylko z fotografii. Bardzo długo nie zmieniałem zdania. Może
dlatego, że nie miałem żadnych powodów ku temu, może przez zbyt pochopną
obserwację a właściwie jej brak, a może po prostu dlatego, że ja bardzo
nie lubię zmieniać zdania. Przecież istnieją rzeczy, które lubimy
pomimo ich widocznych wad, ba!, istnieją nawet tacy ludzie. W całej tej
gmatwaninie słownej, nie chodzi mi o to, żeby przedstawiać teraz 100 wad
stolicy w pigułce. Z resztą tak często spotykam się z krzywdzącymi,
niesprawdzonymi opiniami na temat Warszawy, więc sam nie zamierzam tego
powielać. Zauważyłem po prostu pewien problem i nie musi on przecież
dotykać tylko Warszawy i z resztą nie dotyka. Samotność i obojętność, to
w zasadzie dwa problemy w jednym.
Kiedy usiadłem na
ławce w parku, przy Pałacu Kultury, dostrzegłem ogrom miasta, jego
wyższość nad ludźmi. Jego obojętność w stosunku do staruszki, która
nieudolnie próbuje wyrwać się z sideł sygnalizacji świetlnej. Ma ze sobą
walizkę podróżną, taką na kółkach. Rozgląda się swoim pomarszczonym i
przerażonym wzrokiem wszędzie. Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że
robi to z prędkością światła. Później znów usiłuję wyobrazić ją sobie w
zwolnionym tempie, żeby zrozumieć jej przerażenie. Kto wie, być może
mieszkała przed laty w Warszawie, teraz przybyła do miasta odwiedzić
przypadkowo odnalezioną starą znajomą i nie poznaje już tego miasta? A
może ta stara znajoma, mieszkała razem z naszą bohaterką na wsi pod
Warszawą, jeszcze gdzieś w odległych latach 70' przeprowadziła się do
wielkiego miasta. I teraz dotknięta samotnością postanowiła zaprosić
sąsiadkę a może niegdyś przyjaciółkę, na weekend w mieście? Staruszka co
prawda bywała czasem w Warszawie, chociażby na pochodach
pierwszomajowych, odwiedzała zapewne córkę, albo syna, którzy "uciekli"
do miasta na studia. Jedno jest pewne, miasto wydaje się jej obce, ale w
tych przerażonych, bladych oczach, poza strachem i dezorientacją,
dostrzec można również zawód. Pewnie gdy rano wsiadała do pociągu,
tłumaczyła sąsiadce, że zna Warszawę jak własną kieszeń, wszak była tam
nie raz, trafi bez problemu i nie ma co się o nią martwić. Zawiodła się,
niczego nie poznaje, wszystko jest inne, obce, nie takie jak
zapamiętała. Strach w tłumie ją paraliżuje, nie ma nawet odwagi poprosić
kogoś o pomoc. Z resztą czy ten, pędzący z dwóch stron na przejściu dla
pieszych ją w ogóle dostrzega? Czy ktokolwiek z tych ludzi, znalazłby
czas na rozmowę ze staruszką, która zapewne ma Alzheimera albo
zaawansowana demencje starczą?
A może mi się źle wydaje,
może ta kobieta właściwie nigdy nie była w Warszawie, więc ciężko
dziwić się jej "lekkiemu" zdezorientowaniu. Wiek zrobił swoje i
zwyczajnie boi się przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy... Może? Właściwie mógłbym ją o to zapytać, a nawet ewentualnie jej pomóc, jeśli zaistniała by taka potrzeba. Jednak nie decyduję się na to.