piątek, 7 czerwca 2013

Warszawa

 Warszawa, miasto zupełnie mi obce. Właśnie sobie to uświadamiam. Jak mogłem wcześniej tego nie dostrzec? Przecież tak wiele na to wskazywało. Aby nie ciągnąć tej tajemniczej dramaturgii, muszę wyjaśnić, że ani tu nie mieszkam, ani się tutaj nie urodziłem, ani co najważniejsze nic mnie z tym miastem nie łączy. Ani praca, ani dzieci ani nawet więzy przyjaźni, a przynajmniej tak mi się wydaje. Co prawda miasto to nie gości mnie po raz pierwszy. Może nie jestem stałym bywalcem jej salonów, ale znam ją choćby powierzchownie. Zawsze za to twierdziłem, że Warszawa jest ciekawym miastem, nawet jak jeszcze znałem ją tylko z fotografii. Bardzo długo nie zmieniałem zdania. Może dlatego, że nie miałem żadnych powodów ku temu, może przez zbyt pochopną obserwację a właściwie jej brak, a może po prostu dlatego, że ja bardzo nie lubię zmieniać zdania. Przecież istnieją rzeczy, które lubimy pomimo ich widocznych wad, ba!, istnieją nawet tacy ludzie. W całej tej gmatwaninie słownej, nie chodzi mi o to, żeby przedstawiać teraz 100 wad stolicy w pigułce. Z resztą tak często spotykam się z krzywdzącymi, niesprawdzonymi opiniami na temat Warszawy, więc sam nie zamierzam tego powielać. Zauważyłem po prostu pewien problem i nie musi on przecież dotykać tylko Warszawy i z resztą nie dotyka. Samotność i obojętność, to w zasadzie dwa problemy w jednym.

 Kiedy usiadłem na ławce w parku, przy Pałacu Kultury, dostrzegłem ogrom miasta, jego wyższość nad ludźmi. Jego obojętność w stosunku do staruszki, która nieudolnie próbuje wyrwać się z sideł sygnalizacji świetlnej. Ma ze sobą walizkę podróżną, taką na kółkach. Rozgląda się swoim pomarszczonym i przerażonym wzrokiem wszędzie. Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że robi to z prędkością światła. Później znów usiłuję wyobrazić ją sobie w zwolnionym tempie, żeby zrozumieć jej przerażenie. Kto wie, być może mieszkała przed laty w Warszawie, teraz przybyła do miasta odwiedzić przypadkowo odnalezioną starą znajomą i nie poznaje już tego miasta? A może ta stara znajoma, mieszkała razem z naszą bohaterką na wsi pod Warszawą, jeszcze gdzieś w odległych latach 70' przeprowadziła się do wielkiego miasta. I teraz dotknięta samotnością postanowiła zaprosić sąsiadkę a może niegdyś przyjaciółkę, na weekend w mieście? Staruszka co prawda bywała czasem w Warszawie, chociażby na pochodach pierwszomajowych, odwiedzała zapewne córkę, albo syna, którzy "uciekli" do miasta na studia. Jedno jest pewne, miasto wydaje się jej obce, ale w tych przerażonych, bladych oczach, poza strachem i dezorientacją, dostrzec można również zawód. Pewnie gdy rano wsiadała do pociągu, tłumaczyła sąsiadce, że zna Warszawę jak własną kieszeń, wszak była tam nie raz, trafi bez problemu i nie ma co się o nią martwić. Zawiodła się, niczego nie poznaje, wszystko jest inne, obce, nie takie jak zapamiętała. Strach w tłumie ją paraliżuje, nie ma nawet odwagi poprosić kogoś o pomoc. Z resztą czy ten, pędzący z dwóch stron na przejściu dla pieszych ją w ogóle dostrzega? Czy ktokolwiek z tych ludzi, znalazłby czas na rozmowę ze staruszką, która zapewne ma Alzheimera albo zaawansowana demencje starczą? 

 A może mi się źle wydaje, może ta kobieta właściwie nigdy nie była w Warszawie, więc ciężko dziwić się jej "lekkiemu" zdezorientowaniu. Wiek zrobił swoje i zwyczajnie boi się przejść na drugą stronę ruchliwej  ulicy... Może? Właściwie mógłbym ją o to zapytać, a nawet ewentualnie jej pomóc, jeśli zaistniała by taka potrzeba. Jednak nie decyduję się na to.